ŚLADEM PRZYGODY

Marcin Siwek

Nic co łatwe nie cieszy tak bardzo

Ostatni dystans o długości przekraczającej 40 kilometrów biegałem 5 lat temu. Tyle czasu zajęło mi kompletne wyleczenie kontuzji kolana, a udane starty wiosenne na 20 kilometrowych trasach pozwoliły pomyśleć ponownie o czymś dłuższym. I tak razem z Anią znaleźliśmy się na starcie 40 kilometrowego biegu Beskidy Ultra Trail.

Lokalizacja: Szczyrk

Beskidy Ultra Trail to bieg, który zaczyna się i kończy w miejscowości Szczyrk, a wiedzie po malowniczych górach Beskidu Śląskiego. W 2018 do wyboru mamy kilka długości tras: 20, 40, 60, 90, 130 oraz 305 kilometrów!. 40 kilometrowy dystans stanowi część wspólną z dłuższymi trasami (oprócz 305 kilometrów). Różnica jest taka, że zawodnicy z dystansów 60, 90 i 130 zaliczają dodatkowo okoliczne szczyty i doliny. Cechą wspólną wszystkich tras jest bardzo duże przewyższenie i mnóstwo kamieni do pokonania. Według opinii jest to jeden z najtrudniejszych biegów Ultra jakie odbywają się w Polsce. Nasza 40 kilometrowa trasa liczy 2160 metrów przewyższenia. Dla porównania pierwszy Ultra Maraton Bieszczadzki liczył 50 kilometrów i około 1230 metrów przewyższenia.

Trasa Beskidy Ultra Trail 40.

Dzień przed biegiem odbieramy pakiety startowe. Następnie wieczorem zaczynamy przygotowania do startu, które nie mają końca. Dla Ani to pierwszy tak długi bieg, a dla mnie to powrót po latach. Długo zastanawiamy się i planujemy co zabrać na trasę, a czego nie brać. Plan jest taki, że trasę zaliczamy turystycznie. Pozwalają na to bardzo liberalnie ustawione limity czasu. W tym miejscu należą się wielkie brawa dla organizatorów, którzy nie wykluczają wolniejszych zawodników z zabawy.

Nasze numery oraz mapa z naniesionymi trasami biegów.

W końcu nadchodzi długo oczekiwany dzień startu. Tym razem bez rozgrzewki, z końca stawki, z uruchomioną kamerką sportową ruszamy do biegu. Początek biegniemy lekko w górę po asfalcie wzdłuż miejscowości Szczyrk. Okoliczny mieszkańcy i przechodnie klaskają i życzą nam powodzenia. Jak tylko minęliśmy Szczyrk trasa zaczęła piąć się ostro w górę. Wyjmuję kijki i jak to w Ultra bywa przechodzimy do szybkiego chodu. Po chwili kończy się asfalt i zaczyna się las oraz pojawiają się pierwsze kamienie na trasie. Niestety mamy pecha. Tego dnia jest bardzo mgliście i wilgotno, a temperatura jest bardzo niska. Z tego powodu już na samym początku biegu buntuje się bateria w kamerze, w skutek czego rezygnuję z nagrywania pierwszej części trasy. Zasadniczo to też nie ma czego nagrywać, bo mgła przysłoniła wszystkie widoki. Przysłoniła również pierwsze schronisko na Klimczoku, a razem ze schroniskiem trasę naszego biegu. Tylko dzięki wgranej w zegarek trasie odnajdujemy się w spowiłym mgłą trawiastym Siodle pod Klimczokiem.

Pierwszą część trasy biegnie się nam bardzo przyjemnie. Do czasu pierwszego zbiegu na 12 kilometrze, tam daje o sobie znać moje kolano i muszę mocno zwolnić oraz bardzo uważać. Na szczęście zbieg dość szybko mija i docieramy do pierwszego punktu odżywczego w Brennej. A Punkty na biegach ultra są genialne. Mamy tutaj do wyboru kilka rodzajów napojów, kanapek, ciastek, owoców. Wybór jest naprawdę spory. Zjadamy drugie śniadanie i ruszamy na kolejną górę, tym razem w kierunku szczytu Stary Groń. Od tego momentu aż do Skrzycznego trasa w większości wieść ma pod górę, co bardzo mnie cieszy bo będzie lżej dla kolana. Zaczyna się też rozjaśniać i udaje się nagrać kilka pierwszych ujęć z kamery. Bieganie wśród urokliwych Beskidzkich szczytów jest tak niesamowite, że nie sposób tego opisać słowami. Dlatego opis całego biegu jest skromny, a lwią część stanowi film z naszego biegu.

Filmowa opowieść z biegu Beskidy Ultra Trail.

Dobiegamy do punktu odżywczego w Salmopolu. W tym miejscu wybór smakołyków jest jeszcze większy niż w Brennej. Nigdy nie zapomnę jak smakował tam gorący rosół! Następnie znów ruszamy pod górę w kierunku Skrzycznego. Od tego momentu chmury rozchodzą się całkowicie i wychodzi słońce. A my mamy widoki, widoki i jeszcze raz widoki! Najlepszy jest z Malinowej Skały, który uwieczniamy kilka razy na kamerce. Na trasie ciągle mijamy turystów oraz biegaczy z dłuższych dystansów. Dzięki niezapomnianym krajobrazom nie czujemy zmęczenia, pomimo iż jesteśmy już na nogach od ponad 5 godzin.

Niezapomniane widoki z trasy biegu.

30 kilometrów za nami. Docieramy do Skrzycznego. Zjadamy po mini posiłku dla ultrasów, czyli po słodkiej galaretce. Łatwo się je połyka, a uzupełniają one zapas cukru w wycieńczonym organizmie. Gorąco polecam zawsze zabrać ze sobą kilka sztuk na długie biegi. Po chwili ruszamy w dół. Z tego miejsca widać Szczyrk i wydaje się, że jesteśmy tylko o krok od mety. Ale to tylko złudzenie. Zbieg jest bardzo trudny. Wszędzie leżą luźne duże kamienie, do tego trasa schodzi ostro w dół. Tylko nieliczni odważą się tutaj zbiegać.

Ponieważ nie poruszamy się już po szlaku, nie ma tutaj turystów. Biegaczy również jakoś mniej widać. Do tego kończą się widoki przez co ostatnie 10 kilometrów zaczyna się nam dłużyć. W pewnym momencie trasa zamiast iść w dół, zaczyna iść stromo pod górę. Tak stromo, że trzeba to wzniesienie pokonać praktycznie na czworakach. Dwójka biegaczy zza granicy zawróciła, nie wierząc, że trasa może tamtędy przebiegać. Na szczęście udało nam się ich przekonać, że tak ma być. Organizatorzy chyba specjalnie poprowadzili tak trasę, by tę górkę zaliczyć. Bo pozostała jej część się niczym szczególnym nie wyróżniała.

Po ponad 8 godzinach docieramy do mety. Zmęczeni ale szczęśliwi! Zmieściliśmy się w limicie czasu. Ania pokonała swoje pierwsze 40 kilometrów, a mi udało się wrócić na tak długie dystanse.

Uroczyste wręczenie medali ostatniego dnia zawodów.

Czy było warto? Zdecydowanie tak! Beskidy Ultra Trail to genialny bieg. Tak niesamowitych widoków nie ma żaden bieg uliczny. Warto chociaż raz wybrać się na podobną przygodę, zaczynając na przykład od trasy 20 kilometrowej. Do tego wspólne pokonywanie takiego biegu pozwala pomagać sobie nawzajem. Sam na pewno nie odważyłbym się wrócić do biegów ultra przez wiele najbliższych lat.

Powrót na stronę główną

O stronie

Każdy z nas marzy o tym, by choć raz w życiu przeżyć niesamowitą przygodę. Ów przygoda często kojarzona jest z czymś wielkim, odległym i nieosiągalnym dla zwykłego śmiertelnika. Tymczasem prawdziwa przygoda może skrywać się w Miejskim Parku za rogiem bloku, w małym lesie nieopodal albo nawet w samym mieście. Wystarczy chcieć ją zobaczyć. Zapraszam na skromną stronę poświęconą turystyce niekoniecznie konwencjonalnej. Podążmy śladem przygody!