Śladem przygody

O stronie

Każdy z nas marzy o tym, by choć raz w życiu przeżyć niesamowitą przygodę. Ów przygoda często kojarzona jest z czymś wielkim, odległym i nieosiągalnym dla zwykłego śmiertelnika. Tymczasem prawdziwa przygoda może skrywać się w Miejskim Parku za rogiem bloku, w małym lesie nieopodal albo nawet w samym mieście. Wystarczy chcieć ją zobaczyć. Zapraszam na skromną stronę poświęconą turystyce niekoniecznie konwencjonalnej. Podążmy śladem przygody!

Dwernik Kamień

Dwernik Kamień. To nazwa jednego z mniej znanych Bieszczadzkich szczytów górskich. Przez ów szczyt prowadzi trasa biegu charytatywnego o długości 21 kilometrów i 10 kilometrów. Niestety czytamy, że zapisy na ten bieg skończyły się na miesiąc przed startem biegu. Sprawa nie daje mi spokoju i tydzień później wracam do tematu. Sprawdzam i okazuje się, że system rejestracji wciąż działa. Dzwonię do organizatora. Okazuje się, że na stronie jest błąd, na zawody wciąż można się zapisać. Szybko zapada jedyna słuszna decyzja. Jedziemy! Zwłaszcza, że to bieg charytatywny i cała opłata za start przeznaczona jest na leczenie chorej dziewczynki.

Wyruszamy dzień wcześniej, aby pozwiedzać Bieszczady. Wieczorem podziwiamy zachodzące słońce, które tylko na chwilę tego dnia do nas zawitało. Na jutro zapowiadają 90% szans na deszcz. Będzie się działo!

Bieszczadzki zachód słońca w przeddzień biegu.

Wczesnym rankiem docieramy na parking, a dokładniej na skoszoną łąkę, która jest tymczasowym parkingiem na czas biegu. Ku powszechnemu aplauzowi pozostałych biegaczy zatapiam samochód w bagnie. Trzeba pchać! I to nie raz. Na dodatek ochlapuję koleżankę zdrową porcją błota spod kół. Oj ta przygoda zostanie mi zapamiętana! Tym sposobem już przed biegiem utonęliśmy w błocie. Co będzie dalej?

Na Dwernickim biegu nawet samochód ugrzązł w błocie.

Inni zawodnicy przestrzegają nas, że błota w zeszłym roku było więcej niż na Łemkowyna Ultra-Trail. Miejscami woda sięgała do pasa! Czy to w ogóle jest możliwe? Za chwilę będziemy mieli okazję się przekonać.

Trwają przygotowania do biegu.

Panuje atmosfera typowa dla górskich biegów.

Robimy lekką rozgrzewkę i z niepokojem spoglądamy na niebo. Wygląda jakby w każdej chwili miało zacząć padać. Bierzemy kurtki, kamerę i stajemy na starcie biegu.

Chwila odliczania i ruszyliśmy. Biegniemy na samym końcu za całą grupą ponad stu zawodników. Tuż obok pana zamykającego bieg. Rozmawiamy z nim o Dwerniku, biegach górskich i tym podobnych. Bardzo spokojnym tempem biegniemy ku naszej przygodzie. Duży limit czasu, żadnego ścigania tylko podziwianie widoków. Wystarczy trochę zwolnić, żeby przekonać się ile można zobaczyć podczas biegu! A bieg wciąż pozostanie biegiem.

Jednym ze sponsorów biegu są Lasy Państwowe.

Już na początku biegu ścieżka prowadzi nas w mocno błotniste rejony rzeki Dwernik. Chwilę później biegniemy kawałek asfaltem i szutrówką pod górę, aż docieramy do pierwszego punktu żywieniowego na 4 kilometrze. Mijamy tabliczkę uwaga niedźwiedzie i wbiegamy w gęsty las. Trasa stromo idzie pod górę. Zaczęły się prawdziwe góry.

Pniemy się pod górę ładnych kilka kilometrów i kilkadziesiąt minut, aż osiągamy szczyt Dwernik. Mamy niesamowite szczęście, akurat na moment pojawiła się dobra widoczność! Podziwiamy krajobraz okolicznych gór, robimy pamiątkowe filmowe ujęcia. Następnie zbiegamy mało uczęszczanym szlakiem w głąb bieszczadzkich lasów. Dalej zaczynają się trudności. Ścieżka staje się wąska i pojawia się błoto. Momentami zalewa nas gęsta mgła. Cała otaczająca przyroda jest mocno skąpana w wilgoci po wczorajszych opadach. Panuje totalnie mistyczna aura. Ścieżka biegnie zarośniętym szczytem górskim lekko w dół. Idealne miejsce na bieganie. Wszystko to jest widoczne na filmie z naszego biegu.

Filmowa opowieść z Dwernickiego biegu.

Trasa biegu się coraz bardziej wyludnia. Biegniemy gdzieś z tyłu, ale wiemy, że kilka osób jest jeszcze za nami. Atmosfera jest niesamowita. Poruszamy się w zielonym górskim świecie poza czasem i przestrzenią. Nie liczą się problemy dnia codziennego. Nie liczy się cały świat. Liczy się przygoda!

Po kilkunastu kilometrach docieramy do doliny. Kawałek szutru, taka chwila cywilizacji, a następnie.. mocne uderzenie pioruna tuż obok nas. Dobiegamy do punktu kontrolnego. Na punkcie kilka ciast, rodzynki, trzy rodzaje napojów do wyboru! Czegoś takiego dawno nie widziałem. Następuje kolejne uderzenie pioruna, a następnie spada na nas fala wody z nieba. Następuje chwila grozy. Mam nadzieję, że więcej wyładowań atmosferycznych nie będzie. Szybko biegniemy szutrem starając się osiągnąć granicę lasu. Ściana wody powoduje, że wszystko momentalnie staje się mokre. Jest las. Wbiegamy. Droga zamienia się w płynący strumień. Deszcz nie przestaje padać, ale las daje pozorne uczucie schronienia.

Poruszamy się powoli w górę. Po raz drugi na Dwernicki szczyt, tym razem z innej strony. Zostajemy zupełnie sami na trasie. Deszcz raz uspokaja się, a za chwilę znowu pada. Po drodze widzimy zamglone lasy, dorodne maliniska, tymczasowe strumienie wody oraz wiele innych tajemniczych miejsc. Trasa zamienia się w jedną wielką błotnistą maź. I muszę powiedzieć, że wszystko to, podoba mi się. Przygoda w pełnym słowa znaczeniu. Pogoda, która zniechęcała na pierwszy rzut oka, okazała się wspaniała! Niesamowicie zbudowała nastrój dzikiej i nieokiełznanej bieszczadzkiej przyrody. Uśmiechnięci biegniemy dalej, ku szczytowi Dwernik przez mgły i opady. Ku idei nieustającej przygody.

Trasa naszego biegu.

Osiągamy szczyt Dwernik Kamień. Tym razem skąpany całkowicie we mgle. Nic nie widać! Nie przeszkadza nam to. Biegniemy w dół w kierunku mety. Na zbiegu jest po kostki błota. Praktycznie cały czas. Trzeba mocno uważać, by się nie poślizgnąć. Pełne skupienie na każdym pokonywanym kroku. Jest ciężko, ale humory nam dopisują. Kto by pomyślał, że można w takim błocie poruszać się po górach. A my nie tyle się poruszamy, co biegniemy. I to przez kilka godzin. Mijamy i wpadamy w ogromne kałuże, potężne błotniste muldy oraz wszelkiego rodzaju przeszkody. Cali mokrzy od deszczu i cali ubłoceni od podłoża.

Podziwiamy ostatnie widoki. Zbiegamy na dół. Przed nami strumień rzeki płynący przez drogę. Atakujemy środkiem po kolana w wodzie. Trzeba będzie tutaj wrócić po biegu na kąpiel! Słyszymy głos komentatora z mety. Jeszcze 100 metrów i jesteśmy. Przygoda dobiega końca. 22 kilometry i 1100 metrów przewyższenia zaliczone!

Na żadnym biegu nie widziałem tyle dobrego jedzenia.

Na mecie czeka na nas legendarny bufet. Pyszny biały żur, chleb ze smalcem, kilka ciast do wyboru, woda, izotoniki i ogromne ilości piwa! Czegoś takiego nie było na żadnym biegu. Do tego koncert lokalnego zespołu oraz licytacje przedmiotów by wesprzeć chorą dziewczynkę. No i oczywiście deszcz! Trwa górskie biegowe święto.

Ręcznie robiony drewniany medal na pamiątkę.

Wracamy do domu. Przed nami kilka godzin jazdy, ale nikt nie czuje zmęczenia. Emocje po tym biegu jeszcze długo nie opadną..

Wieczorny odpoczynek po biegu. Pyszności!

W domu wypijam piwo z biegu oraz zajadam pyszne borówki. Wspominam odbytą przygodę i czuję smutek. Dlaczego smutek? Bo zdaję sobie sprawę, że trudno będzie znaleźć lepszą bieg i przygodę. Na biegu Dwernik Kamień było wszystko. Fajna trasa, zdobywanie szczytu górskiego, mistyczna mglista atmosfera, deszcz no i wspólne przeżycie niesamowitej biegowej przygody! A to wszystko na biegu, który był zrobiony w szczytnej idei. Jak można było tutaj nie przyjechać?

A ściganie? Kompletnie nie ma znaczenia.