Śladem przygody

O stronie

Każdy z nas marzy o tym, by choć raz w życiu przeżyć niesamowitą przygodę. Ów przygoda często kojarzona jest z czymś wielkim, odległym i nieosiągalnym dla zwykłego śmiertelnika. Tymczasem prawdziwa przygoda może skrywać się w Miejskim Parku za rogiem bloku, w małym lesie nieopodal albo nawet w samym mieście. Wystarczy chcieć ją zobaczyć. Zapraszam na skromną stronę poświęconą turystyce niekoniecznie konwencjonalnej. Podążmy śladem przygody!

Górska połówka

Każdy z biegaczy ma swoje ulubione dystanse oraz teren w jakim biega. Jedni wybierają asfalt a inni las. Jedni wolą krótkie szybkie biegi a inni jak najdłuższe. Niezależnie co wybieramy, nadmiar tego samego może prowadzić do znużenia. W tym sezonie były przełaje, Biegi na Orientacje, Rajdy na Orientacje, szybkie biegi asfaltowe, powolne biegi asfaltowe. Czego zabrakło? Długodystansowych biegów górskich. Na południe od Rzeszowa znajdujemy bieg Lubeński Cross. Impreza odbywa się po raz trzeci, ale w tym roku po raz pierwszy na dystansie 22,3 kilometrów. Przewyższenie trasy to blisko 700 metrów. To są tam takie wysokie góry? Postanawiamy z koleżanką przekonać się na własne oczy. Dodatkowym atutem jest niska oplata startowa i koszulka w pakiecie startowym.

Dojeżdżamy na miejsce około godziny 10. Do startu biegu jest jeszcze trochę czasu. Postanawiamy objechać trasę, a raczej dojechać do kilku jej fragmentów by zobaczyć jak to wygląda. Wjazd asfaltową drogą na pierwszą górkę okazuje się mocno karkołomny. Spore przewyższenie jest wyzwaniem dla starszego auta. Po wyjechaniu na szczyt naszym oczom okazują się niesamowite widoki na pofałdowany teren podgórza Rzeszowskiego. Zatrzymujemy się przy 6 kilometrze trasy biegu. Okazuje się, że zbieg z góry biegnie przez łąkę. I to dosłownie przez łąkę! Specjalnie na potrzeby biegu wycięto na niej trawę i tak powstała ów trasa. Podłoże na łące jest mocno krzywe, pełne dziur i wybojów. Istny przełaj. To będzie niebezpieczny i bardzo trudny technicznie bieg. Zostawiam butelkę wody i ruszamy w dalszą drogę.

Po drodze wstępujemy do okolicznej atrakcji którą wypatrzyliśmy z Google Maps. Jest nią znajdujące się na terenie szkoły Muzeum w Lubeni. Tuz po wejściu spotykamy dwójkę uczniów oraz Pana, który się prawdopodobnie opiekuje tym obiektem. Penny energii mocno zaprasza nas do zwiedzenia muzeum. Po obiekcie oprowadzają nas uczniowie, którzy doskonale orientują się w eksponatach. Zaskakuje nas ilość ów eksponatów, które rzekomo zgromadzono wyłącznie z okolicznych terenów. Na końcu czeka na nas największa atrakcja tego miejsca, czyli Muzeum Strachów Polnych.

A cóż to za miejsce? Na tabliczce zaakcentowano słowo "Strachów"..

I rzeczywiśćie.. jest straszne!

Ustawione za szkołą w zielonym terenie ponuro spoglądają na zwiedzających. Sceneria jak z horroru. Nie chciałbym znaleźć się w tym miejscu w nocy! Strachy wykonane są z najróżniejszych materiałów, z tego co akurat było zbędne w danej gospodzie. Niektóre są straszne, inne ponure, a jeszcze inne wyjątkowo dziwne i nie przypominające niczego znanego ludzkiemu oku. Najciekawszy w tym wszystkim jest pomysł na realizacje takiego projektu. Pokazuje jak dowolną rzecz można przekształcić w coś niesamowitego. Wystarczy oryginalny pomysł i chęć działania. Kto za tym stoi? Domyślam się, że ów Pan którego tam spotkaliśmy. Z ogromną pasją zajmował się muzeum, pomimo tego, że była to niedziela. Szkoda, że dłużej z nim nie porozmawialiśmy.

Niezidentyfikowane obiekty stojące..

..w niemym milczeniu dzielnie pełnią swoją funkcję..

..do momentu gdy zostaną nadgryzione przez upływający czas.

Musieliśmy ruszać w dalszą drogę. Ustawiliśmy kolejną wodę na trasie i odwiedziliśmy kolejne wzniesienia. Okazuje się, że Rzeszowskie Podgórze dysponuje górami i to sporymi. Natomiast limit czasu to tylko 3 godziny. Teraz już wiemy, że to nie będzie lekki bieg, który można pokonać spacerem. Trzeba będzie się śpieszyć i to bardzo. Postanowiliśmy biec razem.

Odbieramy pakiety startowe.

Na start biegu stawiło się tylko 40 kilku biegaczy. Każdy ubrany w strój do biegu ultra dystansowego: plecak z wodą, wysokie podkolanówki, koszulki z różnych podobnych imprez. Wyglądali naprawdę groźnie. Ja miałem tylko nadzieję, że uda nam się zmieścić w limicie czasu. Ostatnie odliczanie i ruszamy spokojnie z ostatnich pozycji.

Kameralny klimat Lubeńskiego Crossu.

Biegniemy chwilę płaskim kawałkiem asfaltu po czym skręcamy w kierunku wzniesienia. Chce się biec dalej, ale logika poruszania się w zawodach biegów górskich mówi, że pod górę trzeba wchodzić. Przynajmniej na pewnym poziomie biegowym. Pierwsze podejście w pełni sił jest przyjemne, ale pokazuje, że będzie stromo. Trasa już na samym początku jest różnorodna. Asfalt, chwilę szuter, a potem leśna ziemna ścieżka w górę. Bliżej szczytu przemieszczamy się przez pierwszą wykoszoną łąkę. Ponieważ idziemy tempo spada poniżej 8 minut na kilometr. Na tym etapie biegu ciężko wyczuć, czy zmieścimy się w limicie czasu.

Docieramy do szczytu. Chwilę biegniemy jego górą, po czym zaczyna się zbieg. I to jaki! Jest stromy i pokryty asfaltem, co sprawia, że trzeba szybko przebierać nogami. Z każdym pokonanym metrem tempo biegu wzrasta. W pewnym momencie widzę tempo 4:15 na zegarku i wiem, że nie miałbym ochoty szybciej zbiegać. Nagle asfalt urywa się, wbiegamy na trawiastą ścieżkę, a następnie na leśny dukt. Cóż za dynamika biegu. Co chwilę następuje zmiana terenu.

Chwila moment i znaleźliśmy się w pierwszej dolinie. Zostały jeszcze 4 górki do pokonania z 5. Tempo biegu bardzo wzrosło, średnia zaczęła ustawiać się na poziomie 7 minut na kilometr. Wszystko pod kontrolną. Atakujemy kolejny szczyt! Wzdłuż drogi dopingują nas stojący ludzie.

W górę idziemy, po płaskim lekko biegniemy, a w dół biegniemy szybko. I tak na przemian różne etapy. Biegi górskie są specyficzne. Podczas wchodzenia pod górę trzeba odpoczywać od biegu, a podczas biegu od wspinaczki. Różnorodność tempa sprawia, że ludzie często wybierają biegi górskie, zamiast równego klepania kroków podczas ulicznego biegu. No i te widoki! Co zakręt mamy nowy krajobraz. Nawet na Podgórzu Przemyskim widoki potrafią zachwycić. Wielu z tych miejsc nigdy byśmy nie odkryli gdyby nie Lubeński Cross.

Biegniemy dalej. Równym tempem nie szarpiąc pokonujemy trasę realizując nasz plan. Plan równego tempa od początku do końca. W połowie trasy zaczynamy wyprzedzać zawodników. Mijamy kilka dziewczyn. Wygląda to naprawdę dobrze! Prawdopodobnie koleżanka łapie się już na podium, jeżeli tylko dobiegniemy tym tempem do końca. Po drodze dopingują nas kolejni ludzie. Miło z ich strony. Nawet sobie nie uświadamiają, jak bardzo pomaga to biegaczom.

Zbieg z 2 górki jest trudny technicznie. Biegniemy przez skoszone łąki gdzie trzeba mocno uważać na wszystkie dziury. Przypomina to bieganie po zamarzniętym śniegu w lesie. Lubeński Cross to bieg górski i jednocześnie przełajowy. Takie 2 w 1. Dzielnie walczymy pomimo pierwszych oznak zmęczenia. Po drodze zbieram kilka malin i wiśni. Nie mogę oprzeć się ich barwie. Smakowały jak nigdy! Na trudy biegu pomaga też woda, rozstawiona przez nas w strategicznych punktach. Organizator również zadbał o trzy punkty odżywcze.

Meta zawsze cieszy tak samo!

Pokonujemy kolejną górę i kolejny zbieg. Docieramy do punktu odżywczego. Pyszne owoce, soki i miłe panie dopingujące biegnących. Wbiegamy na górę numer 4. W tym momencie przez chwilę trasa biegnie przez czyjąś posiadłość, przynajmniej tak to wygląda. Przepraszamy właścicieli, a oni zapraszają nas do skorzystania z basenu. Prawdziwie kameralny klimat Lubeńskiego Crossu.

Zbliżają się 2 godziny biegu. Górka numer 4 oraz zbieg dają nam nieźle popalić. Ale trzeba zachować siły na ostatnie wejście i zbieg. Mijamy ostatni punkt odżywczy i udajemy się na podejście pod górę numer 5. Widzimy jak wszyscy zawodnicy są mocno wyczerpani biegiem. Nie tylko my zmagamy się z limitem czasu. Na szczęście uwagę od zmęczenia odwracają widoki. Pola, łąki, górki i liczne przydrożne kapliczki. Witają i żegnają przebiegających zawodników. Przed nami ostatni zbieg, jeszcze tylko 2 kilometry.. Nie ma innej opcji trzeba biec dalej!

Dobiegamy. Widzimy stadion pełen widzów i zawodników. Świetny klimat finiszu. Wywołują nasze imiona. Udało się! Trasa zaliczona. 22 kilometry górskie pokonane. Nasz czas to 2 godziny i 49 minut. Tempo 7:32. Koleżanka zalicza kapitalny bieg. Mocno trzymam kciuki by była na podium, a sam nie mogę uwierzyć, że po tylu latach udało mi się wrócić do biegów w górach.

Pora na odpoczynek i rozciąganie. Do tego pyszne ciasto i sok wiśniowy. I ta niepewność w oczekiwaniu na wyniki. Podchodzimy do prowadzącego. Okazuje się, że będzie podium. Koleżanka zajęła piękne 2 miejsce w kategori wiekowej. Nie można było sobie wymarzyć lepszego debiutu w długodystansowym biegu górskim. Cieszę się bardziej, niż ze swoich podiów.

Puchary dla najlepszych. Udało się zdobyć jeden z nich.

Robimy pamiątkowe zdjęcia i chłoniemy atmosferę zwycięstwa w walce z 22 kilometrowym dystansem. To był niesamowity bieg i duże dokonanie. Do tego niska opłata startowa, koszulka w pakiecie, świetna trasa, niesamowite widoki, sprawna organizacja biegu, medal, pyszne ciasta z domowych wypieków, doskonała atmosfera całości. Czego chcieć więcej? Oczywiście kolejnego weekendu i kolejnej przygody górskiej!