Śladem przygody

O stronie

Każdy z nas marzy o tym, by choć raz w życiu przeżyć niesamowitą przygodę. Ów przygoda często kojarzona jest z czymś wielkim, odległym i nieosiągalnym dla zwykłego śmiertelnika. Tymczasem prawdziwa przygoda może skrywać się w Miejskim Parku za rogiem bloku, w małym lesie nieopodal albo nawet w samym mieście. Wystarczy chcieć ją zobaczyć. Zapraszam na skromną stronę poświęconą turystyce niekoniecznie konwencjonalnej. Podążmy śladem przygody!

W poszukiwaniu zapomnianych miejsc

Mapy topograficzne dostępne na Geoportalu mają aktualność sprzed pięćdziesięciu lat. Przeglądając te obejmujące teren Lasów Janowskich, trafiam na dziwne miejsce opisane jako "Malinisko". Podejrzewam, że chodzi o maliny. Czy tak jest w rzeczywistości? Co znajduje się obecnie w tym miejscu? Zdjęcia satelitarne pokazują, że wciąż rośnie tam las. Pytanie brzmi po co ktoś miałby zaznaczać na mapie maliny, które rosną w lesie. Jaki był w tym cel?

Tak rozpoczęła się kolejna, nie planowana wyprawa. Jeśli będzie mi się dobrze jechało, to może dojadę do ów Maliniska. Jest już późno więc na szybko wrzucam stary aparat do plecaka, kuchenkę plus jakieś gotowe danie. Może wydawać się to dziwne, ale czasami łatwiej jest zabrać kuchenkę i gotowy prowiant, niż przygotowywać kanapki.

Z jednej strony pagórki, z drugiej cieki wodne, a po środku tajemnicze Malinisko.

Pogoda tego dnia jest znakomita na jazdę rowerem. Dodatkowo wczoraj padał deszcz, a las jest najlepszy zawsze ma dzień po opadach deszczu. Dlaczego? Dlatego, że gołym okiem widać, jak przyroda odżywa. No i to powietrze! Na dodatek piaszczyste ścieżki stają się przyjaźniejsze rowerowi. Nic tylko jechać. Więc jechałem.

Ubita po opadach deszczu ścieżka wiodąca przez młodniak.

Las był niesamowity. Nasycony wilgocią, spokojny, spowiły w delikatnym słońcu. Jechałem nie czując upływu czasu. Minuty zamieniły się w godziny. Już wiedziałem, że dojadę tego dnia do Maliniska.

Czerwcowy klimat w Lasach Janowskich.

Po drodze mijałem Podbratoszowską Górę. Na szczycie zatrzymałem się i rozejrzałem próbując zorientować w terenie. Słabo znam ten obszar. Słabo też, a raczej nie przygotowałem się wcale, do tej nie planowanej wyprawy. Nie mam kompasu a mam zamiar szukać miejsca sprzed 50 lat w terenie. No nic. Po chwili analizy domyślam się gdzie jestem i zjeżdżam w kierunku drogi biegnącej u podnóża Podbratoszowskiej Góry. Droga ów, widnieje już na mapach z roku 1878. Był to główny trakt biegnący z wioski Szwedy do wioski Świdry. Obecnie zarośnięty i bardzo rzadko uczęszczany gdyż obok biegną inne, lepsze drogi. Trakt ten zwraca na siebie uwagę. Ciężko to wyjaśnić, ale bez patrzenia na mapę czuć, że istnieje on od bardzo dawna. Obok drogi widzę pojedyncze stare drzewa i jeden pomnik przyrody.

Jadę na południe. Jeszcze kilkaset metrów i powinienem być obok Maliniska.

Gdzieś tutaj w głębi lasu ukryte jest Malinisko.

Docieram na miejsce. Przede mną ukazuje się mocno zarośnięty las. Nic nadzwyczajnego. Napięcie opada, nic tutaj nie znajdę. No ale Malinisko według mapy jest kilkadziesiąt metrów od drogi. Wchodzę w głąb lasu.

Malinisko? Raczej zwyczajny, choć bujny las.

Zamiast malin pojawiają się pierwsze jagody.

Przedzieram się przez gęstwinę. Idę, idę.. i nic. Nic co by się w jakiś sposób wyróżniało. Nawet grunt nie wygląda na taki by kiedykolwiek mogły tu rosnąć maliny. Są tylko krzewinki jagód. Nie poddaję się. Zaczynam kręcić się po okolicy.

Klasycznie wpakowałem się w gęstwinę.

Idę wzdłuż cieku wodnego. Powinienem dojść do drogi ale jej nie ma. Mam wrażenie, że cieki wodne nie są tam gdzie powinny być. Przecież to nie możliwe by zbudowano nowe. To zbyt odludny i pusty teren. Zaczynam dostrzegać swój błąd. Jestem za daleko na południe! Dodatkowo wpakowałem się tak głęboko w las, że ciężko będzie się stąd wydostać.

Przedzieram się przez gęstwinę porastającą ciek wodny.

Jestem już za daleko by się wycofać, idę więc dalej. Jest coraz gęściej. Liczne krzewy jeżynowe atakują mnie z każdej strony. Po kilkunastu minutach wydostaję się na Podbratoszowską Drogę. Jadę na północ. Już widzę gdzie popełniłem błąd. Malinisko nie poddaje się łatwo!

Widok na Malinisko z Podbratoszowskiej Drogi.

Docieram do właściwego miejsca. Momentalnie pojawia mi się uśmiech na twarzy. Ten obszar zdecydowanie wygląda na taki, w którym potencjalnie mogły kiedyś rosnąć maliny. Pełen optymizmu idę w głąb lasu. Może odkryję w końcu tajemnicę Maliniska.

Malinowy chruśniak pięćdziesiąt lat później.

Lekko podmokły teren, kilkudziesięcioletnie drzewa, ciekawe okazy roślin. Oczami wyobraźni widzę jak to mogło wyglądać pięćdziesiąt lat temu gdy drzewa były bardzo niskie. Wszystko pasuje. Nawet ziemia jest dobrego gatunku, co też lubią maliny. Niestety nie widzę ani jednego krzewu malinowego. Nie poddaję się, idę głębiej.

Ziemia dobrej jakości wskazuje, że mógł tutaj istnieć chruśniak.

Nagle mym oczom okazuje się.. krzak maliny. Niski, niepozorny, przytłamszony wysokimi drzewami walczy o byt. Ale jest. Malinisko okazuje się prawdą.

Krzak maliny zdradzający tajemnicę Maliniska.

I koleny!

Po chwili znajduję kolejne malinowe krzaki. Jeden, drugi, trzeci i czwarty. Dziś już nie dadzą żadnych plonów, są za małe i na wymarciu. Pięćdziesiąt lat temu pewnie było inaczej. Może Malinisko to był jakieś znany, ogromny chruśniak w którym zbierano ogromne ilości owoców? Do tego stopnia duży, że zaznaczono to na mapie. To zapomniane miejsce nigdy nie zdradzi mi tej tajemnicy.

Droga na Imielity Ług.

Zostawiam Malinisko za sobą. Postanawiam jechać dalej. Po drodze wstępuję do rezerwatu przyrody Imielity Ług.

Staw Imielity Ług.

Staw, chociaż zupełnie na to nie wskazuje został wykopany ponad sto lat temu na bagiennym terenie zwanym Bagno Emilino. Dziś powoli zarasta. Najpierw porastają go bagienne rośliny a później pojawiają się pierwsze drzewa sosnowe. To miejsce przypomina Szwecję i obszar koła podbiegunowego.

Powoli zarastsający przez roślinność bagienną.

Na południe od stawu znajduje się piaszczysta wydma z której rozciągają się najciekawsze widoki na rezerwat.

Widok na rezerwat z wydmy znajdującej się na południe od stawu.

Kwitnące lilie wodne na stawie.

Docieram do swojego ulubionego miejsca u podnóża wydmy na chwilowy postój.

Ten widok mi się nigdy nie znudzi.

Nieopodal leży przewrócone przez bobry drzewo. Jeśli na nie wejdę, to powinno mi się udać sfotografować staw spoza linii trzcin. Trzeba uważać, gdyż wpadnięcie do bagna mogło by zakończyć się tragicznie. Głębokość pokładu torfu wynosi tutaj kilka metrów. No ale bez ryzyka nie ma przygody.

Doskonały pomost który wykorzystam o zrobienia zdjęć.

Drzewo skrzypi, trzeszczy i ugina się. Powolnym krokiem docieram na jego koniec. Przede mną roztacza się niesamowity widok na drugi koniec rezerwatu oraz na ogromną taflę stawu.

Rezerwat i staw są ogromne.

Delikatny wiatr, lekkie słońce i delikatny szum poruszających się konarów drzew. Czerwiec to najlepsza pora na odwiedziny rezerwatu przyrody Imielity Ług.

Prawdziwie sielankowy krajobraz.

W pięknym i spokojnym miejscu szybko płynie czas. Nawet nie wiem kiedy upłynęła godzina postoju. Czas ruszać w dalszą drogę.

Nie wiem jak to wszystko mieści się w małym plecaku.

Kolejny przystanek robię nad okolicznymi stawami nieopodal wsi Janiki. Skoro zabrałem suchy prowiant ze sobą, to trzeba go wykorzystać. Zatrzymuję się w miejscu specjalnie przeznaczonym do robienia ognisk i wyjmuję wszystkie graty. Klasyczna kuchenka z PRL-u Prymus, trochę benzyny, zapałki oraz woda. Do tego jakieś tam gotowe danie i pseudo obiad gotowy. Lubię klimat biesiadowania w terenie. No i ten dźwięk pracującego Prymusa.

Jak na gotowca było zjadliwe.

Po obiedzie zostaję na kolejną chwilę odpoczynku. Z punktu widzenia człowieka w lesie zmienia się nie wiele. Panuje spokój i cisza. Ten błogostan pozwala inaczej spojrzeć na pędzący świat. Pozwala się oderwać i odseparować. Pozwala również na zadanie sobie pytania, po co tak pędzić? Przecież nie muszę. I tak mija kolejna godzina. A może dwie? Nie liczę ich zupełnie. Tego dnia nie muszę.

Piaszczysta droga wiodąca pomiędzy stawami. Niezmienna od lat.

Nie śpiesząc się zupełnie ruszam w dalszą drogę. Jadę pomiędzy licznymi stawami rybnymi. Znowu pustka i cisza. Na zimowej wyprawie panowały tutaj bardzo ciężkie warunki. Obecnie jest zupełnie inaczej. Dzięki zmiennym porom roku mamy możliwość odkrycia tych samych miejsc na nowo. Warto docenić ten atut naszego kraju.

Dryfujące trzciny.

Dojechałem do domu. Przypadkowa wyprawa znowu była udana. Malinisko odkryte. A ile jest jeszcze takich zapomnianych miejsc na mapie? Dziegarski Piec, Kukier, Plandera, Łowisko, Końska Krześć, Psi Kąt, Darnów, Wypalanka, Zielona Smuga, Narożniki, Jeńcowe Place, Święta Smuga, Pustelnik i wiele, wiele innych. Jakie miejsca i historie się pod nimi ukrywają? Czy da się w dzisiejszych czasach odkryć ich tajemnice? Pochodzenie? Miejsca są małe, kompletnie nie istotne, zapomniane. Jest to w pewien sposób fascynujące. A może któreś z tych miejsc skrywa większą tajemnicę niż nam się wszystkim wydaje?