Śladem przygody

O stronie

Każdy z nas marzy o tym, by choć raz w życiu przeżyć niesamowitą przygodę. Ów przygoda często kojarzona jest z czymś wielkim, odległym i nieosiągalnym dla zwykłego śmiertelnika. Tymczasem prawdziwa przygoda może skrywać się w Miejskim Parku za rogiem bloku, w małym lesie nieopodal albo nawet w samym mieście. Wystarczy chcieć ją zobaczyć. Zapraszam na skromną stronę poświęconą turystyce niekoniecznie konwencjonalnej. Podążmy śladem przygody!

Rycerskie zmagania

W województwie świętokrzyskim znajduje się miejsce zwane Ossolin. Niegdyś miasto, a dzisiaj mała wioska ukryta na mapie pośród wielu innych. Wokół Ossolina roztaczają się kilometry sadów, w których uprawiane są różnego rodzaju owoce; wiśnie, morele, jabłka. Co może się w takim miejscu ukrywać? Bieg z historią w tle. Wyruszamy na kolejną wyprawę.

Jak zawsze wyjeżdżamy wcześnie rano. Najpierw kierujemy się drogą na Sandomierz, a tuż za Sandomierzem zjeżdżamy z głównej drogi i jedziemy w kierunku miejscowości Obrazów. Gdy tylko skręciliśmy w bok naszym oczom ukazał się zupełnie obcy krajobraz. Kręta asfaltowa droga wiedzie pomiędzy licznymi niskimi pagórkami. Mijamy zakręt za zakrętem, górkę za górką. Ale najciekawsze jest otoczenie drogi. Każdy metr przestrzeni został tutaj zagospodarowany na sady owocowe. Tutejsze lessowe gleby oraz dobry klimat sprzyjają rozwojowi sadownictwa. Z okna samochodu widzimy wiśnie, morele, brzoskwinie, nektaryny a nawet winogrona. Co jakiś czas mijamy małe gospodarstwa, które tworzą swoiste wysepki w morzu sadów owocowch. Do tego specyficzne ukształtowanie terenu i mamy klimat rodem z greckich sadów oliwnych.

Przemierzamy krainę sadów w pogoni za nową przygodą.

Sady ciągną się kilometrami. Jadąc przez te mało zaludnione obszary miałem wrażenie istnienia państwa w państwie. Jakże inne życie muszą prowadzić tutejsi mieszkańcy w porównaniu do tego co dzieje się w mieście. Jestem zaskoczony, że w Polsce są tego typu obszary. Już w tym momencie wiem, że warto było pojechać na bieg do Ossolina.

Dojeżdżamy do Ossolina. Oczami wyobraźni widzę wielki zamek znajdujący się na lewo od kamiennego mostu.

Skręcamy alejką w kierunku północnym do miejscowości Ossolin. Po drodze zatrzymujemy się przy ruinach zamku Ossolińskich, a raczej przy tym co z nich zostało. Zachował się jedynie most, który łączył zamek z przedzamczem położonym na sąsiednim wzgórzu, na którym znajdowały się zabudowania gospodarcze. Zamek wzniesiono w I połowie XVII wieku.

Niestety z zamku zachowała się jedynie arkada kamiennego mostu.

Zamek przez lata przechodził z rąk do rąk. W 1816 r. został wysadzony przez Antoniego Lędóchowskiego z nieznanego powodu. Dzieła zniszczenia dokończyły wojska sowieckie. Resztki murów rozebrano i wykorzystano do utwardzenia drogi dla czołgów. Podobno jeszcze dziś można znaleźć kamienie z zamku na niektórych drogach w okolicy.

Most będący niemym świadkiem wielu bezsensownych wydarzeń.

Najpierw budujemy, później burzymy. Smutne marnotrawienie środków. Pozostałości po zamku jest tak mało, że nie ma tutaj nawet miejsca dla włóczącego się ducha przeszłości. Pomimo tego, warto odwiedzić to zapomniane miejsce.

Lipowa aleja prowadząca do biura zawodów mieszczącego się w szkole.

Jedziemy dalej. Po drodze mijamy kilka Ossolińskich domów, które stanowią obecnie całą zabudowę tej miejscowości. W końcu docieramy do centrum wioski, skąd dalej jedziemy aleją lipową. Droga wiedzie na szczyt górki gdzie mieści się szkoła. Zgaduję, że niegdyś mieścił się tam dwór. Świetne miejsce na organizację Pikniku Rycerskiego.

Dziś szkoła na wzgórzu, a dawniej stary dwór.

Biegacze są już na miejscu. Przyjechała grupka kilkudziesięciu osób, głównie z województwa podkarpackiego. Nasz bieg otwiera dwudniowy Piknik Rycerski. Robimy rozgrzewkę a organizatorzy przygotowują się do pikniku. Zapowiada się bardzo kameralna impreza. Do pokonania mamy dystans 6666 metrów. Jest chłodno, więć idealnie na bieg. Niestety bardzo wieje i może padać deszcz. Ten bieg jest dla mnie o tyle ciekawy, że po raz pierwszy biegnę dzień po dniu w ulicznych zawodach. Wczoraj przebiegłem 12 kilometrów w Sokołowie Małopolskim. Nogi mam bardzo zmęczone. Na szczęście wiem, że większość rywali wczoraj również startowała. Wszyscy więc jesteśmy równie zmęczeni.

Trwają przygotowania do Pikniku Rycerskiego.

Stajemy na starcie biegu. Ustawiam się na czele stawki biegowej i ruszam. Pierwsze kilkaset metrów jest mocno pod górkę. Przeciwnicy ruszyli na tyle wolno, że wysunąłem się na prowadzenie. Po osiągnięciu szczytu zwalniam tempo, a inny ruszają mocniej do przodu. Planuję biec bezpiecznie około 4 minuty na kilometr, bo wiem, że po wczorajszym dniu szybciej może się nie udać.

Trasa biegu prowadziła pośród niezliczonej ilości sadów.

Pokonujemy wzniesienie za wzniesieniem, zakręt za zakrętem. Wszędzie drzewka owocowe i sady. Biegniemy w jakimś innym świecie. Oczami wyobraźni widzę tutaj trasę na 21 kilometrów. Bieg zrobiłbym wczesną wiosną. Zadaniem biegaczy było by odpędzić demony przymrozków mogące zniszczyć tegoroczne wspaniałe plony.

Najchętniej bym się zatrzymał, a wtedy..

Po 2 kilometrach jestem na 10 miejscu. Zgodnie z planem dokładnie kontroluję bieg i swoją pozycję. Na 3 kilometrze trasa zawraca. Okazuje się, że teraz będziemy biec pod wiatr. Na dodatek zaczyna padać deszcz. Po chwili deszcz przemienia się w totalną zlewę. Biegniemy w strugach deszczu. Staram się nie zwalniać ale zegarek pokazuje, że mimo iż wkładam w bieg więcej siły, to tempo spada. Na szczęście pozostali zwalniają jeszcze bardziej. Wyprzedzam pierwszego zawodnika. Po chwili doganiam kolejnego. Jesteśmy cali mokrzy, a wiatr daje nam nieźle w kość. Do tego te górki. Ciężko będzie powiedzieć czy 4 minuty na kilometr to tutaj dobre czy złe tempo. Na zakręcie doganiam prowadzącą kobietę. Przede mną zostało 6 zawodników i około 1,5 kilometra do mety.

Moja ulubiona zasada biegu progresywnego mówi, by cały bieg zwiększać tempo. Zwłaszcza pod koniec. Przyśpieszam. Dopadam zawodnika numer 6. Przede mną jest jeszcze jeden którego próbuję dogonić, wygląda na osobę z mojej kategorii wiekowej. Znów przyśpieszam. Jestem tuż za nim, ale gdy tylko próbuję go dogonić on również przyśpiesza. Czuję że osiągam kres swoich możliwości. Wczorajsze zmęczenie nie pozwala mi na więcej. Mam ochotę odpuścić. W tym momencie przypominam sobie hasło widniejące na z jednym z medali cyklu City Trail:

Dać z siebie na biegu cokolwiek mniej niż wszystko, to znaczy po prostu tyle, co zmarnować otrzymany dar.

Powtarzam sobie to zdanie kilka razy w głowie. Nabieram wewnętrznej złości i pytam się własnego organizmu "Tylko na tyle cię stać?, "Przecież możesz więcej!". Zmniejszam częstotliwość kroku i nagle zdecydowanie przyśpieszam. Biegnę tempem 3:40 i zaczynam wymijać zawodnika numer 5. Udało się, jest za mną. Staram się wywalczyć przewagę, by nie czył się zbyt pewnie za moimi plecami. Nie zwalniam. Na ostatniej prostej jest długi zbieg, a to dla mnie duży kłopot. Źle mi się zbiega i boję się o kontuzję. Wiem, że nie jestem również najszybszy na zbiegach. Biegnę tempem 3:35. Skręcam i widzę stromy zbieg przede mną. Mam wywalczone kilkanaście metrów przewagi. Postanawiam biec niezależnie co się będzie działo. Nie mogę dać z siebie mniej niż wszystkiego. Tempo 3:20, 3:10, a po chwili widzę tempo poniżej 3 minut na kilometr. Ostatnie sto metrów lecę z absurdalną prędkością (jak odczytałem później) 2:30. Przebiegam przez metę 5. Udało się! Nie dałem się pokonać i wykonałem założony plan.

Okazuje się, że jestem pierwszym zawodnikiem w kategorii M-1. Drugie miejsce zajął zawodnik z którym walczyłem na ostatniej prostej. Taki mały bieg, a ile satysfakcji! Koleżanka zajęła kapitalne 3 miejsce w kategorii Open. Nasze kolejne udane występy. Biegło mi się również dobrze, pomimo wczorajszych zawodów. Wiadomo, to inne bieganie niż na świeżych nogach, ale przynajmniej człowiek mniej od siebie wymaga i może się pozytywnie zaskoczyć. Wydaje mi się, że takie starty uczą też hartu ducha.

Atrakcje pikniku rycerskiego.

Po biegu czekał na nas bigos, dekoracja z wręczeniem pięknych, dużych pucharów, występy orkiestry i wiele innych atrakcji. Były również rycerskie pokazy. Niestety zimna pogoda zepsuła urok piknikowania i dość szybko zabraliśmy się w dalszą drogę. Tak w dalszą drogę! Czym była by przygoda bez spontanicznych decyzji i spontanicznie odkrytych atrakcji. Kierunek zamek Krzyżtopór!

W rycerski dzień zwiedziliśmy dwa zamki.

Mieliśmy tylko kilkanaście kilometrów do Ujazdu, szybko więc dojechaliśmy do zamku. Pogoda się poprawiła, idealnie na zwiedzanie. Krzyżtopora został zbudowany w XVII wieku. Do dzisiejszych czasów zachował się w bardzo dobrym stanie. Zachowało się ponad 90% murów. Ponoć od lat planowana jest całkowita rekonstrukcja zamku.

Krzyżtopór jest imponujący i niesamowicie dobrze zachowany.

Na zwiedzających turystów czeka w środku zamku wiele możliwych tras do pokonania. Każda prowadzi przez inne części zamku i pokazuje co innego. Postanawiamy w miarę możliwości obejść je wszystkie! Żal było by coś przeoczyć.

Jedna z tras turystycznych dostępnych w zamku.

Ciekawostką jest to, że Krzyżtopór wzniesiono na planie pięcioboku, z bastionami na narożach. Jedna z tras przebiega przez wszystkie bastiony. Rozlega się z nich widok na rozległe okolice zamku. Przechodząc wyobrażam sobie co czuli mieszkańcy Krzyżtopora w czasach odległych. Czy czuli się oni lepsi od chłopów na których spoglądali z góry? A może woleliby prowadzić biedne życie, ale nie obawiać się buntu i wyjścia z zamku? Zamek wpływa na wyobraźnię i motywuje do rozmyślań nad przeszłością czy też własnymi korzeniami.

Komnaty z zewnątrz.

Kolejne trasy prowadzą nas przez liczne komnaty zamku. Mijamy kuchnie, sale balowe, pokoje mieszkalne. Miejscami widać pozostałości zabudowy typu komin, ogrzewanie pokojów czy kawałek starej posadzki. Trzeba przyznać że zamek jest ogromny. Wędrując wszystkimi trasami można się w nim zgubić. Momentami nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Krzyżtopór był jedną z największych budowli pałacowych w Europie.

Komnaty wewnątrz.

Na koniec zostały nam trasy położone w najniższych partiach zamku. Stajnie, podziemia, tunele. Jedna z legend mówi, że zamek w Ossolinie był połączony z Krzyżtoporem. Taki tunel musiałby mieć co najmniej 15 kilometrów długości. Zaglądamy w każdy możliwy kąt zamku, ale tunelu nie odnajdujemy. Szkoda, że podziemia nie są dłuższe!

Czym byłby zamek bez tajemniczych podziemi. Dokąd nas zaprowadzą?

Dzień dobiega końca. Dwa zamki zwiedzone, piknik rycerski zaliczony i rycerski bieg przebiegnięty z sukcesami. A to wszystko w magicznej krainie sadów Sandomierskich. Tak w średniowiecznej przygodzie upłynął nam kolejny weekend.